17/02/2026
To jak tam? Ochłonęli? Wszyscy żyją? Nikt nie siedzi w za długich rękawach? Są wszystkie klamki w drzwiach? Powiedzieć że okres od 9 do 16 lutego 2026 to był szalony i niespodziewany okres w polskich skokach to nic nie powiedzieć. Przy tym czasie skok Fortuny w 1972 roku był takim zaskoczeniem, jak makijaż u Krzysztofa Ibisza. Kiedy w październiku 2025 roku podczas zawodów w Hinzenbach rozmawialiśmy z Pawłem Wąskiem, to na pytanie o kolejne zawody w Klingentahl powiedział, że nie wiadomo czy na nie pojedzie bo pierwszy raz ma jechać Kacper Tomasiak. Jeśli ktoś wtedy powiedziałby, że dokładnie za 4 miesiące (bo tyle minęło od tej rozmowy) Paweł i Kacper będą wicemistrzami olimpijskimi w superduetach, Kamil Stoch będzie czekał na nich na zeskoku jako kibic a Dawid i Piotrek będą to komentowali w telewizji, to natychmiast pojawili by się smutni panowie aby zabrać delikwenta do domu bez klamek. Ale to się stało. Mamy trzy medale na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, gdzie jechaliśmy tak naprawdę aby się nie skompromitować i walczyć drużynowo o ósemkę. Co więcej, zdobyli je dwaj najmłodsi członkowie kadry, która jest stara i nie ma młodych. Co będzie dalej to się okaże ale nikt nam nigdy nie zabierze już tego szalonego tygodnia w Predazzo.
Jak cienka jest granica między niebem a piekłem pokazała końcówka wczorajszego konkursu duetów. Wielokrotnie krytykowany przez wszystkich pan Włoch Sandro Pertile wczoraj około godziny 21 musiał zabawić się w Boga. Od tej decyzji zależało co zrobią z nim polscy „kibice” zza klawiatur. Albo będzie musiał zmienić konto, jego skrzynka mailowa będzie ważyć ze sto ton pogróżek i wyzwisk, jego rodzina będzie musiała czytać o nim i sobie wszystko co najgorsze, albo będzie bohaterem narodowym, kandydatem na cokół. Mądrym gościem co sprawił, że mamy medal i co więcej medalu nie mają nasi zachodni sąsiedzi. To Nasz Włoch przecież!!! Oczywiście to nie potrwa zbyt długo bo łaska kibica na pstrym koniu jeździ, a łaska internetowych kibiców to w ogóle na takim pstrym z ADHD w dodatku.
Z piekła do nieba to podobno geograficznie kilka tysięcy kilometrów. Od okolic jądra Ziemi gdzie najgoręcej do stratosfery, żeby nie dziurawiły go samoloty. Dla trenera Maciusiaka ta podróż odbyła się błyskawicznie. Od gościa, który podobno miał nierówno pod sufitem i gada jakieś odklejone teksty o medalu i pewnie w marcu wróciłby do trenowania w drugim szeregu, do kogoś, kto będzie witany jak bohater na lotnisku, zapraszany przez lubiących się ogrzewać polityków i telewizje śniadaniowe oraz pewnie z nowym kontraktem do następnych Igrzysk we Francji. Oczywiście nasi „fachowcy” z przed klawiatur już piszą, że przecież on tylko macha chorągiewką, że trenerzy klubowi trenują itp. No piszą tak bo pewnie się znają i są w sztabie 24h i dokładnie wiedzą jak pracują albo może są tą chorągiewką? To by się zgadzało bo poziom wiedzy i stałość opinii podobne.
Z nieba do piekła i z powrotem przejechał się także Paweł Wąsek. Od lidera kadry w zeszłym sezonie, ponad 600 punktów i pierwszego podium w Lahti po 54 punkty zdobyte przed Predazzo i aferę fluorescencyjną. Poza tym wszyscy wmawiali mu, że on chce indywidualnie trenować ze zwolnionym Tomasem Thurnbichlerem, gdy on cały czas powtarzał, że chce być członkiem drużyny a nie indywidualistą. No i w tej drużynie zdobył medal olimpijski. Spokój i zaufanie sztabu i mityczne „wyświerzenie” Apoloniusza Tajnera po raz kolejny wzięło górę i forma szukana przez cały sezon przyszła w najbardziej oczekiwanym momencie. Paweł dołącza również do grona emerytów olimpijskich. Tak, właśnie emerytów. Dlaczego? No bo jeśli zwykły człowiek pracuje i jest w okresie przedemerytalnym to pielgrzymuje sobie do ZUS i do innych fachowców aby wyliczyć sobie ile będzie miał tej emerytury. A u nas wszystkie media i fachowcy już wyliczają emeryturę gościowi co ma 19 lat i przed nim prawdopodobnie jeszcze ze 20 lat kariery. Najważniejszy news dnia to kolejny emeryt olimpijski, który nie musi już pracować bo dostanie jakiś grosz od państwa. Fajna wiedza ale potrzebna w tym momencie Pawłowi, Kacprowi i wszystkim innym jak Ibiszowi krem na zmarszczki.
Na koniec najlepsze. Gdzieś wczoraj wyczytałem, że te nasze medale to w ogóle fura szczęścia bo na Igrzyskach w słabej formie byli Kraft, Tschofenig, Lanisek, Hoffmann czy inny Zajc albo ktoś inny kto skakał dobrze w grudniu i styczniu. No tak. Wyobrażam sobie jak ta grupa skoczków zbiera się w tajemnicy przed wszystkimi na początku lutego i knuje: „Zróbmy numer polskim internautom i wyłączymy sobie dobrą formę na igrzyska” – proponuje Tschofenig. „Cholera jasna, nie chcę mi się już dobrze skakać bo mam dziecko i po co mi medal” – dodaje Kraft. „Jak Polacy zdobędą medale a my będziemy dobrze skakać to o czym będą pisać internauci?” – pyta Zajc. „No to dobra, decyzja jest, że słabo skaczemy” – ucina Lanisek. Dobre samopoczucie i możliwość odwrócenia kota ogonem i zrobienie z niego wentylatora jest najważniejsza. Przecież wszystkie sukcesy i wygrane w historii polskiego sportu biorą się z tego że ktoś tam był gorszy niż zakładano. Kompletne odklejenie od sensu i ducha sportu rządzi polską siecią i niestety ma się świetnie. A można by było się po prostu cieszyć bez szukania dziury. Ale po co. Nuda.
Ale koniec marudzenia. Wracamy na Ziemię. A na ziemi mamy trzy medale Igrzysk Olimpijskich. Dwa srebrne i jeden brązowy. Fajnie jest na tej Ziemi. Przed nami reszta sezonu. Oczekiwania bardzo wzrosną, to nie ulega wątpliwości. Czeka nas debiut Kacpra na skoczni mamuciej. Liczymy, że część kadry, która nie pojechała do Włoch również nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w tym sezonie. Do tego czeka nas ostatni miesiąc Kamila Stocha w karierze z gorącym i mocno emocjonalnym pewnie pożegnaniem w Planicy. W tym roku ta Planica powinna być inna niż ostatnie. Bez szpilek, bez smutnych refleksji, bez dziwnych wywiadów po ostatnich skokach, bez szukania nowego trenera. Będzie czas na wielkie świętowanie. Oczywiście tradycyjnie razem ze Słoweńcami, którzy mają swojego Domena z indywidualnym wielkim szlemem zdobytym w rok czasu. Nie możemy się już doczekać.