20/08/2025
Ta nasza młodość
Studio Buffo - najlepszy teatr muzyczny w stolicy
METRO [5. Markowy Festiwal w Świnoujściu]
Nie zdążyłem wcześniej dać się porwać temu „Metru”. Gdy wyruszyło w swoją podróż, od dziesięciu dni byłem dwunastolatkiem. Gdy metryką doganiałem już bohaterów, interesowały mnie zupełnie inne rzeczy. Naturalnie, jak każda osoba rozkochana w popkulturze, miałem świadomość istnienia tego musicalu, nie sposób było nie mieć. Nawet wielka miłość do
Katarzyny Groniec, która zakwitła w okolicy roku 2000 (jej płyta „Mężczyźni”), nie przyciągnęła mnie do tematu. A do „Metra” wsiadłem dopiero teraz, bez większych oczekiwań, bez żadnych obciążeń (znajomością musicalu, a więc, co za tym idzie, ochotą na
porównania), z otwartością i ciekawością – o co właściwie tyle hałasu i to wybrzmiewającego od ponad trzech dekad?
Z przyjemnością odnotowałem: o wszystko. O wszystko, czym karmi się młodość. O miłość, o marzenia, o aspiracje, o bolączki niewinności, o bunt, o nadzieję, o rozczarowania…
Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak wielkie wrażenie musiało zrobić „Metro” w czasie swojego startu, choć ponoć krytycy (przynajmniej w części) kręcili nosami. Rozmach przedsięwzięcia,
nowoczesność (na ówczesne, rzecz jasna, czasy), wszechstronna kunsztowność nie były w Polsce dotąd znane inaczej niż z telewizora. Tu, nagle, pop spotkał się z rockiem, do tego
nie przestając tańczyć, łagodność ballad przełamywało mocne uderzenie, za tło mając prawdziwie poważne dylematy młodych, zdolnych i ambitnych. Z początku zbuntowana, w finale tragiczna love story, konkurs talentów, odwieczny konflikt: sztuka czy „sztuka”…
Czy zadziałało to dziś? Tak, zdecydowanie tak. Nie tylko dlatego, że to sprawy ze wszech miar uniwersalne, ale również dlatego, że jakoś rymują mi się one z teraźniejszością, choć nie zawsze jest to rym dokładny. Patrząc na zmagania (części, raczej większej) bohaterów,
których cel był jasny: zostać gwiazdą, pomyślałem o mnożonych swego czasu na potęgę (i bez większego sensu) talentszołach, które często gwiazdy robią wyłącznie z jurorów, pozostawiając pretendentów do sławy w ogromnym niespełnieniu. Pomyślałem o niedawno wydanej książce Igi Dzieciuchowicz „Teatr. Rodzina patologiczna”, pokazującej w sposób wstrząsający, że marzenia o aktorstwie mogą niepostrzeżenie przerodzić się w rzeczywisty
koszmar. Aspirujących do (wielkich) karier artystycznych i tak nie zabraknie. Sztuka jest zbyt pociągająca, ale nie dba przy tym o koszty.
My na scenie zobaczyliśmy tych, którym się powiodło – mają szczęście i występują w jednym z najsłynniejszych rodzimych musicali, wręcz kultowym. Pojęcia nie mam, która to już
obsada – wszak czas mija, artyst(k)om lata lecą i zapewne trudno im wciąż wcielać się w młodzież, co byłoby zresztą groteskowe i zaszkodziłoby spektaklowi – ale ta „nasza” była wyśmienita, a moja nieznajomość twarzy i głosów bardzo mi w odbiorze pomogła. Na scenie świeżość i młodość, fizyczna sprawność, zapał, talent. Sama historia może i banalna, ale też bliska wielu, wielu z nas. Rozterki miłosne, etyczne dylematy i sponiewierane ambicje – ilu
jest takich, którzy nie wiedzą, co to? Na domiar dobrego, piosenki (świetne i zazwyczaj świetnie wykonane) sprawiały, że w jakiś magiczny sposób… przenosiłem się w czasie. Do lat 90., mojej ukochanej dekady. Dziwaczna wędrówka sentymentalna. Dziwaczna, bo obce mi wówczas dźwięki – z „Metra” – uruchomiły we mnie te bardzo drogie, emocjonalnie bliskie.
Stąd na koniec refleksja: to było znakomite zamknięcie Markowego Festiwalu. Trudno o lepsze. Spektakularne, choć jednocześnie intymne. Trzeba zresztą przyznać, że to bardzo dobra edycja była. Pokazywał to i wypełniony po brzegi amfiteatr czy Muszla Koncertowa, pokazywały to żywiołowe reakcje publiczności nagradzającej aplauzem, zasłużenie, swoich
ulubieńców. I nawet jeśli w jednym czy drugim momencie pokręciłem lekko nosem, to było to takie kręcenie „markowe”.
Jak co roku, czekam z zaciekawieniem na więcej, na przykład na recital Janusza Radka (odnosząc się do tego, co napisałem w tekście o koncercie „When A Man Loves A Woman”, jednak jego Prince’a nic nie przebiło).
Wielkie brawa i podziękowania!
Michał Taciak