25/02/2017
Ciekawe zdjęcia przekazała do tego albumu Teresa Murzynowska z domu Stelmasiak, która także wychowała się w naszej dzielnicy. Mała Tereska i jej siostra, a także grupy szkolne z podstawówki i liceum. To naprawdę kawał historii. Zobaczcie, w jakich ławeczkach się kiedyś siedziało. Na zdjęciach dawni nauczyciele, a ówczesne licealistki niczym nie ustępują dzisiejszym, no i jaka moda. Wiele z osób na tych zdjęciach wciąż mieszka w naszej okolicy. Rozpoznajecie swoje mamy, tatów, ciocie i wujków, a może babcie i dziadków?
Kolejne pokolenia dzieci są bardzo do siebie podobne. Można to stwierdzić patrząc na nasze teraźniejsze dzieci, które pierwsze gonią na plac, żeby się spotkać, szczęśliwe, że coś się dzieje; trochę popracują, trochę pobiegają, kręcą się między dorosłymi i wymyślają proste zabawy, a o komputerach przypominają sobie po powrocie do domu. Poniżej obszerny program zabaw dziecięcych obecnych 50-60-latków. Kto chce coś dodać, prosimy o komentarz. Zapraszamy także młodsze pokolenia do podzielenia się swoimi wspomnieniami, jak spędzali dzieciństwo na Złodziejówce.
Dla naszego pokolenia rozległym placem zabaw były łąki, które dziś znikają, zamieniając się w pola uprawne. Na nich było wyznaczone boisko do „nogi”, wymierzone dystanse do biegów, skocznia w dal na piachu przywiezionym przez któregoś z sąsiadów i skocznia wzwyż ustawiona z leszczynowych patyków. Latem na tym stadionie organizowaliśmy olimpiady. Zbiegały się tam wszystkie dzieciaki ze Złodziejówki , żeby wziąć udział w zawodach, które z zapałem ogarniali starsi. Na łąkach była również przestrzeń do palanta. Każdy miał wystruganą pałkę do odbijania piłeczki i grało się, dokąd było coś widać. Zasady były podobne, jak w amerykańskiej grze baseball. Inny rodzaj palanta królował na uliczkach, gdzie wyrysowane były koła. W takim kole stał król i bronił terytorium odbijając długim patykiem krótkie kijki rzucane przez pozostałych graczy. Komu udało się wrzucić do koła, zostawał królem. Była jeszcze gra w wojnę, której szczegółów nie pamiętam. Każdy miał jakieś państwo i wywoływało się wojnę z innym krajem, a w wielkim kole zabierało się sobie nawzajem tyle ziemi, ile zdołało się narysować stojąc na swoim terytorium; pamiętam, że to w grę wchodziła strategia. Tu także sprzęt stanowiły patyki. Natomiast małe kamyki służyły do gry w „ciupy”, której zasady przywiozły na wieś dzieci warszawskie. Tu trzeba było wykazać się zręcznością dłoni. Modne dziś gry terenowe, na Złodziejówce zwane wówczas podchodami, odbywały się w przestrzeni wszystkich uliczek, łąk, pobliskich pól, aż do lasu w Brodach. Było mnóstwo zadań, zagadek, ukrytych listów i wielkiej rywalizacji.
Moda na „załogi Rudego” przyszła wraz z pierwszą edycją znanego serialu „Czterej pancerni i pies”. W każdej uliczce była załoga, która wymyślała nakrycia głowy, znaki, broń najczęściej struganą z patyków i realizowała zadania. Załogi z uliczek rywalizowały ze sobą w różnych konkurencjach, nie tylko wojennych. W tym miejscu należy wspomnieć, że pierwszy telewizor na Złodziejówce, dostępny dla szerszego grona dzieciarni, był u Państwa Bocianiaków. Największym powodzeniem cieszyły się dobranocki w rolach głównych z Jackiem i Agatką oraz Gąską Balbinką i Ptysiem. Wtedy też zaczęła królować sławna do dziś „Bonanza” i serial „Koń, który mówi” czyli Mr Edd. Dziś, jak to wspomnę, to szczerze podziwiam cierpliwość Pani Bocianiakowej, której nie przeszkadzały czeredy schodzące się na telewizję. W małym przedpokoju stały poustawiane rzędami małe buciki, najczęściej tenisówki, i najczęściej z dziurą wypchniętą przez duży paluch.
Dużą rolę w dziecięcych zabawach odgrywał stawek „rostajnik”. Latem, gdy wysychała woda porastał wysokim zielskiem, w którym wydeptywało się labirynty i wysiadywało miejsca, to były domki. Przesiadywało się tam godzinami i tylko stanowcze wezwania matek na obiad były w stanie z nich wyciągnąć. Natomiast zimą było ciągłe wyczekiwanie, sprawdzanie, jaka jest grubość lodu. I ostrzenie łyżew! Wszyscy mieli łyżwy przykręcane specjalnym kluczykiem do butów, które w obcasach miały wyżłobione dziurki z metalową żabką. Oprócz tego każdy łąkowy pagórek (było ich wtedy sporo) zajeżdżony był saneczkami, a zjazdy na butach ze ślizgawek były tak karkołomne, że do dziś cierpnie mi skóra. Równie ekstremalnym sportem zimowym było „narciarstwo”, które sprowadzało się do tego, że do butów drutem przytwierdzało się klepki ze starych beczek. Były one wywinięte prawie jak prawdziwe narty i trochę opornie, ale śmigały z najdłuższego stoczku wzdłuż rowu tzw. koziej górki. Prowadziła ona do dołów, w których podczas kampanii cukrowniczej zbierały się wytłoki. Najbliżej Złodziejówki był spust, z którego ciągle sypał się ciepły, parujący wytłok. Usypywał wielkie góry, dymiące wytłokowe stożki. Tam cała gromada miała przednią i bardzo ciepłą zabawę skacząc, tarzając się, obsypując. Ta uciecha trwała nieraz do nocy. A potem tęgie lanie, nie tylko za późny powrót i nieodrobione lekcje, ale za potworny smród wytłoków, którego nie czuło się na miejscu, a który wżerał się w ubrania, skórę i cały dom. To była zapłata za cudownie spędzony czas