09/09/2026
Powrót Miecz Wikinga obudził wspomnienia. Ja akurat nie jestem gościem, który usiądzie przy kominku i opowie Wam, droga młodzieży, jak to w latach 80-tych jeździło się w zatłoczonych wagonach na Metallikę albo jak to ekipa ze Szczecina rządziła pod hotelami gdzie nocowali członkowie Iron Maiden. Ja metal poznawałem na przełomie mileniów, więc mam trochę inne wątki w pamięci. Bohaterami moich szczeniackich eskapad były właśnie kapele pokroju Miecza - młode, gniewne i dostępne na wyciągnięcie ręki. Dziś krótka retrospekcja bandów, które były po prostu najlepsze - choć ich kariera za długo nie trwała. UWAGA! Większości omawianych tu płyt, demówek i tracków, próżno szukać w sieci. Co nie znaczy, że nie warto spróbować…
Miecz - wiadomo. O nich już napisałem w oddzielnym wątku i na pewno do tego grona się zaliczają. Co jeszcze?
HellFire. Osz słodki Belzebubie w poziomkach, jakiż to był doskonały band. Stołeczny heavy / thrash, trochę Annihilatorowy, a ze względu na wspaniały wokal gościa co się zwał Tom the Storm, zbaczający nieco w rewiry Mercyful Fate / King Diamond. Zostawili po sobie dwie płyty: debiutancki “Recoffination” z 2003 roku (z anglojęzycznym coverem “Kawalerii Szatana cz. 1” - odkopcie to sobie na jutube) i “Requiem For My Bride” z 2005, wydany przez grecką wytwórnię Sonic Age. W obu przypadkach, to koncept albumy, a kawałki łączy jedna, mroczna historia. Ich koncert w lubelskim CK pozostanie dla mnie jednym z najbardziej niszczycielskich gigów na jakich byłem, a pewnie wiecie, że trochę ich w życiu widziałem. Band rozleciał się w okolicach 2006 roku, rok po wydaniu drugiego długograja. Tom the Storm został chwilę później wokalistą Witchking, z którym nagrał dwa udane albumy: “Witchking” (2007) i “Hand of Justice” (2009).
Dragon's Eye, kolejny skład ze stolycy. Chłopaki pograli trochę poważniejszych gigów w kraju, bo pamiętam że w pewnym momencie otwierali koncerty na trasie Vadera i Ceti. Z tych naprawdę mocarnych materiałów studyjnych należałoby wspomnieć o “Screaming for Metal” z 2001 roku, który zawierał 6 numerów utrzymanych w epicko-galopującym, Ironowo-Manowarowym stylu. Zawsze lubiłem głos ówczesnego wokalisty zespołu, Miłosza Komorowskiego - szorstki, ostry wokal, trochę w klimacie Paula Di’Anno. “Smocze Oko” próbowali różnych akcji - kolejny materiał pt “Świat Kropli” był czymś w rodzaju ścieżki dźwiękowej do komiksu o tym samym tytule (i tak też był sprzedawany - komiks gdzieś posiałem, ale CD wciąż mam!). Tak naprawdę pierwszy długograj z prawdziwego zdarzenia zrobili dopiero w 2005 roku już z nowym wokalistą, znanym skądinąd Sebą Pańczykiem. “The Newborn Killer” był całkiem spoko, choć produkcja była dość daleka od ideału. Nie do końca wiem, co zadziało się z kapelą później, źródła są dość niejasne, ale o wydanym rzekomo w 2007 roku drugim albumie trudno znaleźć jakieś znaczące informacje. Kapela zakończyła działalność w 2012 roku.
Kolejny band to ThE BlacK HorsemeN, także z Warszawy. Zapowiadali się naprawdę wyśmienicie, bo już nawet nieco partackie demo aka pierwszy longplay z 2002 roku zatytułowany “In The Beautiful Night Of Winter” pokazywał band który stać na wiele. Niemała w tym zasługa frontmana w osobie Marcina “Merota” Maliszewskiego, który posiadał kawał charakterystycznego głosu. Po dziś dzień pamiętam takie hity jak “Soldiers Behold”, “Child of Hate” czy “Cold As Ice” które, choć produkcyjnie brzmiały katastrofalnie, były po prostu świetnymi numerami. Potem “Czarni Jeźdźcy” nagrali w okolicach 2004 roku już nieco lepiej zrealizowane demo z kapitalnymi “Rising Sun”, “Black Horses” i nową wersją “Cold As Ice” - niestety, nic więcej w temacie się nie zadziało. Po totalnej rewolcie, tak w składzie jak i w stylu, Manowarowo-Diamondowski klimat ustąpił czemuś na kształt Cinematic Rocka - w składzie pojawiła się wiolonczela a kawałki nieco przypominały brzmieniem Queen. W tak zwanym międzyczasie Maliszewski zrobił całemu metalowemu podziemiu niezły numer, wygrywając telewizyjny program “Szansa Na Sukces”. W nagrodę wykonał zawiózł The Blackhorsemen na festiwal w Opolu, gdzie zagrali… utwór “Jaskółka Uwięziona” Stana Borysa. Nie zmyślam. Ciężko stwierdzić co tam się z jeźdźcami teraz dzieje, bo zamilkli na dobre około 10 lat temu.
Loch Ness. Tutaj - niespodzianka! Band z Lublina. O kapeli zrobiło się głośniej kiedy jej lider, Krzysztof Zalewski, wygrał telewizyjny talent show dla młodych wokalistów pt. “Idol” (co okazało się gwoździem do trumny zespołu i jego samego jako artysty stricte metalowego). Co ciekawe, na przesłuchania do TV Krzysiek poszedł razem z etatowym wokalistą Loch Ness, Rafałem Chmielem. Zalef przeszedł dalej, Chmielu - nie. Lubelska ekipa zostawiła po sobie trzy demówki, z których najbardziej znana i reprezentatywna jest ta ostatnia, zatytułowana “All Dreams Fade Away”. Znajdziemy na niej pięć całkiem przyjemnych numerów, które w dość przyjemny sposób żenią heavy metal z gothic rockiem i klimatami a’la Paradise Lost. Robotę robią klawisze, wyścigowe popisy gitarowe Zalewskiego i bardzo fajne wokale Chmiela. W końcowej fazie istnienia zespołu, przy mikrofonie stanął Zalewski. Miałem okazję widzieć Loch Ness w akcji kilkukrotnie w 2003 roku i byli naprawdę świetni. Niestety, wytwórnia która zasponsorowała kontrakt młodemu wokaliście i gitarzyście, chciała firmować jego nazwisko a nie nazwę bandu. Efekt był taki, że to co miało być pierwszym longiem Loch Ness, stało się debiutem nowej grupy Zalef. Płytę nagrał Zalewski wraz z muzykami sesyjnymi. Ciekawostką jest fakt, że na płycie znalazła się przearanżowana wersja utworu “Flowers On The Grave” z ostatniej demówki Loch Ness. Kawałek nazywał się “Kiedy Miasto Śpi” i zyskał polski tekst, nie mający za wiele wspólnego z oryginałem. Resztę historii pewnie znacie - Zalewski przepadł na kilka lat a gdy wrócił, nie miał już nic wspólnego z metalem. Artystą jest natomiast poważanym.
Zostajemy jeszcze na chwilę w Lublinie. White Crow to kolejny skład, który miał zadatki na coś znacznie więcej. Grupie przewodził świetny gitarzysta, Wojtek Piłat, który czarował techniką i finezją. “Biały Kruk” grał progresywny heavy metal, choć punktem wyjścia były nieco prostsze formy. Pierwsze dema były dość siermiężne, ale debiutancki album “Creatio Ex Nihilo” z 2004 roku ukazywał White Crow już jako zawodowy zespół. Po dziś dzień takie numery jak “Cannons & Guns” czy “The One Who Failed” robią wrażenie, tak samo jak urokliwa ballada “Lake of Tears”, która była swego rodzaju koncertowym hitem grupy. 4 lata po debiutanckim albumie, White Crow wydał drugi album “In A Forgotten Play”, który ukazywał jeszcze ambitniejsze oblicze formacji. Prócz hitowego “Sanctuary Of My Soul”, uwagę zwraca przede wszystkim monumentalny “The Last Sunrise”, czternastominutowy kolos, pełen karkołomnych solówek, zmian tempa i aranżacyjnego rozmachu. Zespół dawał również świetne koncerty - po dziś dzień pamiętam ich występ w lubelskim CK z 2004 roku, kiedy to wykonali po raz pierwszy premierowe numery a perkusista, Aleksander Jankiewicz, uraczył publiczność fantastycznym solo. Szkoda że członkom zespołu nie starczyło zapału żeby kontynuować dzieło. Grupa przeniosła się do Warszawy, a w 2010 roku została rozwiązana.
Chainsaw aka The Chainsaw - tym razem z Bydgoszczy. Grupa zapowiadała się na czołowego przedstawiciela nowej fali polskiego heavy metalu. W okolicach 2003 roku jawili się jako gwiazdy a ich nazwa zwyczajnie elektryzowała. Chłopaki dobrze się promowali - widać ich było w TV, gościli w programach radiowych, a ich debiut z 2002 roku zatytułowany “Electric Wizards” wznowił dwa lata po premierze Metal Mind (posłuchajcie takiego "Guardian Of The Ice Void" - co za numer!!!!!). Druga płyta “bydgoskiej piły łańcuchowej”, pełna aranżacyjnego rozmachu “The Journey Into The Heart Of Darkness” ukazała się pod banderą olsztyńskiego Empire Records i - jak na tamte czasy - była naprawdę baaaardzoo solidnym albumem na europejskim poziomie. Muzycznie Chainsaw na pierwszych swoich płytach to czysty heavy metal, zapatrzony w Iron Maiden. Z biegiem czasu grupa zaczęła twórczo poszukiwać i zwracać się w stronę cięższego grania spod znaku In Flames czy Dark Tranquillity. Band pozostaje aktywny, choć ostatni ich album "The Last Crusade" ukazał się 9 lat temu...
Przy okazji tego posta, nie sposób nie wspomnieć o thrashowej dumie Górnego Śląska, czyli grupie The No-Mads. Ekipa z Katowic narobiła całkiem sporego zamieszania w kraju - ich debiut, wydany własnym sumptem “No Hush’ Till Thrash” spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, co zaowocowało kontraktem z Metal Mind. Pod ich banderą ukazał się drugi album “Deranged”, który bardzo udanie nawiązywał do takich klasyków młócenia jak Kreator, S***m, Destruction czy Holy Moses. Ta ostatnia nazwa nie jest tu przypadkowa - za mikrofonem The No-Mads stała Sylwia Papierska, co było dość sporym ewenementem jak na tamte czasy. Mózgiem całej operacji był z kolei gitarzysta Przemek Latacz. Pamiętam The No-Mads z koncertu w Lublinie w 2007 roku - roznieśli wtedy scenę w drzazgi! Nie wiem do końca co wydarzyło się później, ale po dwóch kolejnych albumach, w roku 2014 formacja została rozwiązana. Latacz krótko potem powołał do życia techniczno death metalowy Planet Hell, z którym działa do dziś.
Na koniec tego osobliwego i nostalgicznego przeglądu jeszcze jedna nazwa: Motorbreath. Znów wracamy do stolicy. Zgodnie z nazwą, chłopaki mieli w sobie dużo z Metalliki, zwłaszcza w okresie swojej największej aktywności. Trzon grupy stanowili niemal od początku basista i wokalista Bartek “Struty” Strutyński, perkusista Marcin “Góral” Góralski i gitarzysta Radek Chyliński. Na początku millenium Motorbreath wydał dwa mocne materiały demo: “Voice From Nowhere” i “Following the Fear”, które pokazywały duży potencjał drzemiący w kapeli. Debiutancki longplay wydali w 2006 roku - “Funeral Show” zahaczał miejscami o thrash metal i brzmiał naprawdę solidnie. Mimo tego, raczej trudno powiedzieć że kapela odniosła dzięki niemu jakiś sukces. Potem zrobiło się o nich cicho, ale wrócili w 2017 roku z kolejnym demem. Niestety, okazało się że było to ostatnie nagranie ze Strutym na wokalu - muzyk zmarł w 2021 roku. Miejsce za mikrofonem zajął wspomniany już w niniejszym poście Seba Pańczyk, z którym Motorbreath kontynuuje swoją działalność. W tym roku ukazał się nowy album kapeli, zatytułowany “Artefakty”.
Ciekaw jestem co byście dodali do tej listy? Bo mi już zaczynają chodzić po głowie kolejne nazwy... :)