Pożar hali Stoczni Gdańskiej 24 XI 1994
- Strona główna
- Polska
- Gdansk
- Pożar hali Stoczni Gdańskiej 24 XI 1994
Jak widziałem pożar hali Stoczni Gdańskiej po dwóch latach od tragedii.
Adres
Gdansk
Strona Internetowa
Ostrzeżenia
Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Pożar hali Stoczni Gdańskiej 24 XI 1994 umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.
Skontaktuj Się Z Firmę
Wyślij wiadomość do Pożar hali Stoczni Gdańskiej 24 XI 1994:
Kategoria
Pożar
Rafał Borowski
MOJE DWA LATA
KONCERT
24 listopada 1994 roku był dla mnie dniem szczególnym. Miesiąc wcześniej dostałem się bowiem do pierwszej Prywatnej Telewizji Sky – Orunia w Gdańsku. Przyszło mi to zadziwiająco łatwo, po przedstawieniu kierownictwu swoich etiud filmowych. Były to krótkie formy polegające na grze słów, zabawnych sytuacji z życia, widzianych nieco inaczej, oczami dwudziestolatków. Niespodziewanie przede mną pojawiła się możliwość wykazania się, jak dla mnie na ówczesne czasy i młodego człowieka w czymś co wydawałoby się nieosiągalne. Byłem wówczas zaledwie po paru reportażach, wywiadach i krótkich niusach w tv, które realizowałem już jako „poważny“ operator kamery.
Koncert był jednak dla mnie przedsięwzięciem ogromnym. Już od miesiąca wiedziałem co mnie czeka i z myślą, że nie mogę zawieść swojej telewizji, czekałem dnia koncertu. Kiedy przyjechałem do pracy omówiliśmy parę szczegółów, wzięliśmy sprzęt i około godziny piętnastej udaliśmy się do hali Stoczni w celu przygotowania i sprawdzenia aparatury. Weszliśmy przez drzwi boczne, które było przeznaczone głównie dla organizatorów i innych ekip. W korytarzyku stali ochroniarze sprawdzający wejściówki, na sali kręciły się już jakieś pojedyncze osoby. Wchodząc do hali od razu rzucił mi się w oczy dość dużych rozmiarów ekran. Paręnaście metrów od sceny stała specjalnie zmontowana platforma, na której stanowisko pracy mieli dźwiękowcy. Nieco później przyjechali jacyś faceci z olbrzymią walizą, wewnątrz której znajdował się projektor wideo. Musiał być ciężki, bo ledwo go tam wpakowali - w trójkę ! Znalazło się też miejsce i dla nas, czyli dla mnie i kolegi Jarka, który całą imprezę miał nagrywać stacjonarnie z platformy. Drugi kumpel - Janusz, przygotowywał się do filmowania koncertu Golden Life na scenie. Ponieważ do rozpoczęcia imprezy było dużo czasu, rozejrzałem się trochę po sali. Było już trochę po szesnastej, a może dochodziła siedemnasta, nie pamiętam. Wiem, że przy wyjściu, ale nie głównym, tym co wchodziliśmy, kręciła się już jakaś młodzież. Kilka, może kilkanaście osób. Przy kotarze zawieszonej na przeciwległej ścianie od sceny, były stoiska z napojami. Jeszcze jedno spojrzenie w kierunku sceny i... tak, dobrze pamiętam. Na ścianach były rozwieszone reklamy Polskiej Telewizji Kablowej, ale największe były Radia PLUS i to podświetlane, żeby każdy musiał je zauważyć. Nie wiem czemu, ale dokładnie pamiętam drewniane balustrady od trybun. Tak jakoś wpadły mi w oko. To dziwne... Po jakimś czasie dostaliśmy identyfikatory, a fakt ten tylko mi uświadomił jaką to dzisiaj jestem ważną osobą.
Zbliżała się pora rozpoczęcia koncertu. Hala wypełniała się publicznością. Większość stanowiła młodzież, ale widziałem też rodziców z kilkuletnim brzdącem. Ogólnie było sporo osób. Właśnie wtedy pomyślałem sobie, że na pewno będzie jakaś zadyma, że coś będzie się działo. Chodziło mi oczywiście o jakąś bójkę, ale do takiej na szczęście nie doszło.
Nie wiele już czasu dzieliło nas do rozpoczęcia koncertu. Nerwowo odliczałem minuty, zerkałem czy wszystko jest w należytym porządku. Wreszcie na scenę wyszła ekipa zespołu Golden Life. Zrobiło się gwarno. Młodzież bawiła się, skakała w rytm muzyki. Zainteresowanie zespołem było dość duże, jednak sporo osób kręciło się na końcu sali. Realizator wizji Jarek, wyświetlał na ekranie w zależności od klimatu piosenki różne zdjęcia filmowe, przygotowane nieco wcześniej. Miksował je wraz ze zdjęciami z koncertu jak i z szalejącą publiką. Jakież było zdziwienie kiedy całująca się para widziała się na ekranie. Było fajnie. Ludzie zaakceptowali pomysł wyświetlania siebie na dużym ekranie. Niektórzy wręcz specjalnie wchodzili w kadr, by za chwilę zerknąć na ekran i pomachać ręką do publiczności. Na środku odbywały się dzikie tańce i szturchanie, tzw. pogo, jednak na tyle bezpieczne, że nikomu nic się nie stało. Szczególnie w pamięci utkwiła mi mała dziewczynka, która próbowała naśladować młodzież i szalała równie zacięcie jak ona. Dopiero po ostatnim numerze mogłem zejść z platformy, by razem z reporterką udać się za kulisy w celu przeprowadzenia wywiadu z liderem zespołu. Po odbyciu krótkiej rozmowy przeszliśmy się po sali robiąc mały sondaż na temat imprezy. Do rozpoczęcia transmisji z wręczenia nagród MTV zostało niespełna pół godziny. W tym czasie z głośników płynęła muzyka, a na ekranie pojawiły się teledyski znanych wykonawców. Jedni tańczyli, inni leżeli na podłodze niczym na polu biwakowym (brakowało jedynie ogniska), jeszcze inni kręcili się bez celu lub wychodzili na papierosa. Wiele osób poszło do domu. Tak było nim zaczęła się projekcja. Na scenę wyszli spikerka wraz z partnerem i przekładali na język polski to, co miały do powiedzenia gwiazdy show - businessu. Specjalnie jakoś nie zainteresowało nikogo wręczanie nagród. No, może pojedyncze osoby. Kiedy pytaliśmy kogoś które miejsce zajął dany wykonawca nie wiele osób potrafiło odpowiedzieć na to pytanie. Istotnie, nie był to zbyt ciekawy punkt programu. Tym bardziej, że nie była to jakaś transmisja specjalnie dla nas, tylko był to zwyczajny program emitowany w MTV i to z reklamami ! Praktycznie każdy, kto ma w domu kablówkę lub antenę satelitarną mógł sobie spokojnie obejrzeć to w domciu. Naprawdę nie było to coś specjalnego. I znów grono ludzi opuściło halę. I słusznie...
Stałem spokojnie obok platformy, opierając się o barierkę i znudzony kiepskim programem gapiłem się w ekran. Gdyby nie to, że byłem w pracy, poszedłbym do domu. Niestety nie mogłem. Czas biegł nieubłaganie wolno. Dłużyła się każda minuta. Zrobiło się po prostu nudno.
POŻAR Nagle ni stąd ni zowąd odwróciłem się i zobaczyłem na trybunie ogień. Trochę się przestraszyłem, choć po chwili stwierdziłem, że to nie groźne małe ognisko i z myślą, że będzie to dobry materiał do wiadomości, chwyciłem kamerę i zacząłem filmować. Myślałem o tym jako wręcz incydencie, który miał miejsce podczas imprezy i cały czas liczyłem na poskromienie ognia przez zakładowych strażaków. W wizjerze kamery dojrzałem też ochroniarza tarmoszącego się z młodym mężczyzną. Mijały sekundy, minuty, nie, nie można było dłużej czekać ! Teraz właśnie zaczęła się nerwówka. Kiedy ogień dotknął już sufitu, pomyślałem że to nie przelewki i chyba czas najwyższy udać się do wyjścia, przy którym i tak był tłum ludzi. Większość z nich zlekceważyła ogień tak jak ja, gdybyśmy zaczęli wychodzić wcześniej... To fakt, że spikerka prosiła o spokojne skierowanie się do drzwi, ale kto myślał, że to poważnie niebezpieczna sytuacja. W pierwszej kolejności opuściły halę osoby raczej ostrożne, nauczone rozwagi, lub te, które przeżyły podobną sytuację. Po parkiecie chodziły już pojedyncze osoby i agenci ochrony. Pomieszczenie wypełniały czarne i gęste kłęby dymu. Zgasło oświetlenie, zaczęła się panika. Nie było się nad czym zastanawiać. Chwyciłem kurtkę i kamerę, po czym skierowałem się do wyjścia. Dalej szło wszystko błyskawicznie. Pamiętam, że nie było już dawno spikerów, ulotnili się jak kamfora, nawet nie wiedziałem którędy wyszli. Straciłem również z oczu swoich kolegów. Teraz liczyła się tylko ucieczka. W pewnym momencie zacząłem się zachowywać irracjonalnie. To trudne do wytłumaczenia, szedłem w stronę wyjścia trzymając kamerę, za chwilę wracam by przesuwać barierki w ogóle z niewyjaśnionych przyczyn i jakiegokolwiek celu. Po prostu jakbym dostał jakiegoś kociokwiku, trudno to wytłumaczyć, chyba to mogę porównać do osaczonej zwierzyny, która nie wie jak i dokąd uciec. Tak! Tak to można chyba porównać. Zupełnie bez racjonalnego celu wykonywałem zbędne czynności, kierowałem swoje kroki raz do wyjścia, raz ku scenie jakby licząc na coś, na chyba nagły, cudowny ratunek?
Po drodze do wyjścia, spotkałem kolegę Wojtka, który także pracował w Sky-Oruni, jednak tego wieczoru był na koncercie prywatnie z żoną. Zapytał mnie czy wziąłem ze sobą kamerę, Zgubiłem ją gdzieś, sam nie wiem jak to było, w sumie byłem już w lekkim szoku, bałem się, że nie zdążę wyjść, chyba ją położyłem w podczas swojego krążenia bez sensu po parkiecie sali, mimowolnie krzyknąłem, że - co mnie obchodzi kamera? Chcę żyć! Myśląc – nie widzisz co się dzieje? Bo czym jest jakaś kamera do życia ludzkiego ? Szybkim krokiem doszedłem do drzwi dzielących korytarz z halą. On wrócił...
LĘK , PANIKA, BÓL
Stałem w tłumie... Posuwaliśmy się milimetrowymi krokami. Właściwie to raczej stepowaliśmy w miejscu. Niepewnie obserwowałem innych uczestników tej katastrofy. Gęsty dym nie pozwalał nam spokojnie oddychać. Zaczęło się ogólne kasłanie i lekkie podduszenie. Przy ulicy zrobił się zator. Na przeciwko jedynego i nie do końca otwartego wyjścia był płot odgradzający torowisko.
Niektórzy byli już po stronie życia, za nami był bezlitosny ogień. Nie patrzył czy na jego drodze są ludzie, pochłaniał wszystko! Jęzory „smoka‘ zbliżały się, a ja myślałem tylko jak wyjdę skoro przede mną korek.
Człowiek w takim momencie oddałby wszystko, by znaleźć się na zewnątrz. Odwróciłem się. Na ziemi leżał wąż strażacki, z którego małym strumykiem leciała woda. Zakpiłem sobie z tego. Pfff, no faktycznie, tym g… raczej nic nie zrobią, ale przecież to normalne... Szansa na wyjście dla mnie z tej sytuacji malała z każdej sekundy na sekundę, przerażenie niemożnością wyjścia było coraz większe. Strach nie do opisania towarzyszył chyba każdemu z nas, strach, że nie zdążymy opuścić w porę lokalu. Tylko, że tu chodziło o nasze życie, a nie spóźnienie na pociąg. Cały ten tłum, czop, który stał, a nie przesuwał się dalej, potęgował wrażenie, że nie ma już po prostu szans! Właściwie to już chyba nie było wrażenie tylko delikatne pogodzenie się z losem…
To przykre uczucie, kiedy człowiek wie, że ma małe szanse na wyjście z pułapki. Małe? Wtedy właśnie trudno użyć do tej sytuacje słowa „szanse“. To zbyt wygórowane słowo. Każdy, kto by był na naszym miejscu, uznałby, że szans to niestety, ale już nie ma…
Tysiące myśli chodziło mi po głowie. Był też żal, pretensja do Pana Boga, że to ja, że tak wcześnie, jak wiele jeszcze by się chciało dokonać, przypomina się wtedy wszystko, bo wiesz, że zostało ci mało czasu i chcesz jeszcze przez chwilę, żyć dniem wczorajszym. Nie da się opowiedzieć ani porównać uczucia pewności, tak, celowo używam słowa pewności, bo tak czułem, czułem ścisk w klatce, taki żal, nie taki żal jak coś przeskrobiesz i masz szansę na wybaczenie, ale żal, że Bóg właśnie w tej chwili podjął decyzję o twoim odejściu, a ty nic nie możesz, nie możesz go poprosić, zapytać czemu własnie teraz, nie możesz NEGOCJOWAĆ! Tak, nie ma tu ani czasu, ani miejsca na pertraktacje. Po prostu cię zabiera… Możesz opuścić oczy, powiedzieć „tak chciałeś, ok, nie mam wpływu ale Panie Boże jest mi cholernie przykro, bo tak chciałem żyć, a mam dopiero dwadzieścia lat..“ To nieprawdopodobne. Wtedy można tak na prawdę zdać sobie sprawę z powagi sprawy, z potęgi tego „wyższego“ niech każdy uważa i nazywa Go jak chce. Jedno jest pewne. Kim byś nie był, czegokolwiek byś nie miał, wszystko nie ma żadnej wartości, żadnego znaczenia. NIC. Tracisz coś najcenniejszego tracisz życie…
Nagle... poczułem bardzo silne uderzenie gorącego powietrza, które pchnęło mnie na ludzi stojących przede mną. To już teraz! Chyba ten moment. Śmierć zaczęła zaglądać nam w oczy. Niesamowity żar stopił nam włosy i skórę, pożegnałem się ze wszystkim. Już nigdy nie zobaczę rodziny, przyrody, świata, po prostu umrę ! To było okropne. Widziałem przed sobą drzwi, za którymi jeździły tramwaje, samochody, kawałek dalej, stało wesołe miasteczko, ale już nigdy tego nie ujrzę, w żaden sposób nie można wydostać się z tej sytuacji. Myśl, że za nimi jest życie, drażniła mnie jeszcze bardziej, byłem bezsilny i jednocześnie zazdrościłem innym życia. Tysiące pytań w ciągu kilku sekund nie dawały mi spokoju. Dlaczego ci ludzie do cholery nie wychodzą, przecież chcę żyć! mam tyle do zrobienia, to nie możliwe, mam dopiero dwadzieścia lat... Moje przemyślenia przerwał mi ktoś depcząc mi po głowie butem. Dokładnie pamiętam czarną podeszwę od tzw. "traktorów". Cham pomyślałem, skubany, udało mu się. Przebiegł po głowach innych i już jest przy drzwiach. Ale widać było, że nie panował nad sobą, to była panika.
Rzuciłem się na podłogę, wiedząc że tu właśnie umrę. Widocznie tak miało być. Przeżyłem trochę i starczy. Jedni odchodzą mając sto parę lat, niektórzy nie zdążą się nawet nacieszyć życiem. Leżałem i zwijałem się z bólu. Cały czas otaczało nas gorące powietrze. Nakryłem się kurtką. Cały dygotałem, tak, trząsłem się jak przemarznięty człowiek, lub przy grypie i przeraźliwie jęczałem (pamiętam to jedynie jako coś w rodzaju snu na jawie) nigdy dotąd nie słyszałem u siebie podobnych odgłosów. Nie słyszałem nikogo więcej, byłem w strachu i skupiony tylko na sobie. Śmierć zbliżała się wielkimi krokami. Jakie można mieć jeszcze nadzieje, jak parę metrów za mną jest potężny pożar, a ja sobie leżę, bo nie mam innego wyjścia. Przecież nie przefrunę nad ludźmi...
ŚMIERĆ
Zamknąłem się w sobie. Teraz już chciałem umrzeć. Tak ! Nie chciałem już dłużej cierpieć. Wierzgałem nogami jakbym chciał się jeszcze obronić przed ogniem, ale to już był naturalny mechanizm obronny przed bólem. Przecież jak przyłożysz sobie żelazko do ręki, zawsze ją cofniesz, a tu nie było dokąd. Dookoła był żar. To był niesamowity ból i katorga. Spalić się żywcem, chyba nie ma nic gorszego. Przewinął mi się w pamięci cały życiorys. To tak jak wpada ktoś pod samochód. Słyszałem o tym tylko i tak było i u mnie. W ciągu ułamka sekundy widziałem wszystko to, co przeżyłem i poznałem za życia. Przynajmniej takie było wrażenie. Zawsze to słyszałem z opowiadań, jednak tym razem miałem okazję poznać to na sobie. To była taka chwila "odlotu", ukojenia, jak z opowiadań o życiu poza grobowym. Nie czułem już bólu, było mi dobrze. Zupełnie jak we śnie. Szczególnie w pamięci utkwiły mi dwa obrazy. Jeden, to krajobraz z miejscowości do której od 16 lat jeździmy z rodziną na działkę nad jezioro, a drugi to usypany grób z drewnianym krzyżem, na którym była biała tabliczka z czarną obwódką, w środku której nie było nic napisane. Tak jak by czekała na mnie... Wtuliłem się w kurtkę jak w ramiona matki i chciałem zasnąć i już nie cierpieć. Tak też się stało. Po pewnym czasie ocknąłem się. Nie wiem czy to było pięć sekund, czy może pięć minut, ale miałem uczucie jak bym się narodził od nowa, jakbym dostał jeszcze jedną szansę na nowe życie. Gorącego powietrza już nie było. Drzwi dzielące halę od przedsionka były zamknięte. Faktycznie, pamiętam że ktoś krzyknął, aby zamknąć te cholerne drzwi! Jakiś ochroniarz to uczynił. Byliśmy już oddzieleni od ognia, ale na jak długo ? Wstałem i doczłapałem się do reszty wychodzących pogorzelców. Po chwili doszedłem do następnych drzwi, tych przed kratami. Już nie byłem ostatni. Nie wiem jakim sposobem, ale za mną było jeszcze trochę ludzi. Napierali. W każdej chwili drzwi mogły się przepalić i wszystko by się zaczęło od nowa. Sytuacja byłaby na pewno jeszcze gorsza. Spojrzałem na prawą dłoń, z której zwisała stopiona skóra. Nie przejąłem się tym zbytnio, przecież żyję ! Dookoła nas rozchodził się nieprzyjemny zapach spalonej skóry i włosów. Towarzyszył nam jeszcze bardzo długo.
PRAWIE WOLNY
Poczułem wreszcie chłodne, jesienne powietrze. Widziałem strażaków przecinających kraty, dopiero teraz! Cieszyłem się, jednak to były sceny jakby z amerykańskiego filmu, okraszone wzniosłą muzyką by podbić wszelkie doznania wzruszenia, że było tak dramatycznie, a jednak nastąpi chyba szczęśliwy koniec. Tak, happy end. Tylko to nie był film. Byłem już prawie wolny. Jednak nie tak łatwo, przewróciłem się pchnięty przez spanikowanych ludzi, którzy tak jak i ja za wszelką cenę chcieli być już na zewnątrz. Przydeptali mi kurtkę. Po chwili walki zostawiłem ją, wiedząc, że jak nie wstanę zadepczą mnie. Z resztą nadal moje zachowanie było nieracjonalne. Po cholerę mi spalona kurtka? A może to brak wyobrażenia w jakim jestem stanie, jakbym za chwilę chciał wyjść prosto do domu? Jakbym wyszedł z piekła, ale przecież w kurce zapewne są moje dokumenty, klucze i przecież nic się nie stało… Okulary zgubiłem lecąc na ziemię, ti się szarpię o kurtkę, to wszystko w takich chwilach jest jak bajka, sen? Jakby ktoś ci coś opowiadał, jednak nie jesteś tego w stanie pojąć. Tak właśnie to wyglądało, bo sam nie wiedziałem co się dzieje.
W takich chwilach ludzie są jak bydło, nikt nikim się nie przejmuje, każdy myśli o sobie wyrządzając szkodę innym. Już wiedziałem dlaczego tak mozolnie opuszczaliśmy halę. Przede mną leżały dwie warstwy ludzi, a trzecia stała na nich... Strażacy ciągnęli splątane ze sobą ciała. W przejściu zrobił się klin, i jeżeli ułożysz nogę tak jak nie trzeba, przewracasz się z marnymi szansami na wydostanie się z takiego węzła. Leżysz i jak nie zdążysz wstać, zostajesz przydeptany przez innych. Mi się udało. Teraz już było jasne. Podczas paniki, ktoś uciekający musiał się przewrócić, inni o niego, a potem jak efekt domina. Tak doszło do zatoru. Oparzone dziewczyny prosiły mnie o pomoc w podniesieniu się. Było mi trudno utrzymać równowagę, jeden błąd i mogłem leżeć ponownie pod nogami innych. Z resztą niewiele mogłem pomóc jedną ręką - pomogłem. Cały ten obraz wydawał mi się być w barwach czarno - białych, niczym film dokumentalny ukazujący obóz koncentracyjny. Koszmar. Leżące i proszące dziewczyny o pomoc, z osmolonymi, czarnymi twarzami, zwisającą skórą i sfilcowanymi, stopionymi włosami. Ktoś wydał polecenie, żeby się cofnąć. Wówczas ułatwiło by to wydostanie osób leżących. Młodzież protestowała. Nie chciała absolutnie zbliżać się w kierunku ognia. Nie wiedzieć czemu sam nabrałem właściwości przywódczych i uspakajając panikującą młodzież, mówiłem im żeby się cofnęli, że to tylko usprawni akcję i szybciej się stąd wydostaniemy. Ulegli. Po paru minutach udało mi się wreszcie wydostać na wolność. Właściwie nie wiedziałem co dalej robić. Nie, na pewno nie myślałem o tym, że będę leżał w szpitalu. Opatrzą mi rany i do domu. Na horyzoncie nie było żadnej wolnej karetki, ale 100 metrów dalej stał akurat policyjny radiowóz. Właściwie to tam było pełno aut, karetki, radiowozy, straż pożarna i taksówki, jednak w takim chaosie trudno było na jakieś mądre decyzje. Wydawało się bowiem, że nic nie było, a było, tylko zajęte,a może i wolne, tak właśnie objawiał się brak racjonalnego myślenia po doznanym szoku. Pobiegłem do stojącego obok policjanta i błagałem o przewóz do szpitala. Oprócz mnie zabrał jeszcze kilka osób. Bardzo dobrze pamiętam wyjącego z bólu ochroniarza, a szczególnie młodą, nieprzytomną dziewczynkę leżącą na naszych kolanach. Właśnie ona została stratowana przez tłum. Potem się dowiedziałem, że po kilku dniach zmarła… Miała dopiero 14 lat. Droga dłużyła się, rany dawały się cały czas we znaki. Tylko dmuchanie na nie łagodziło ból. Otworzyliśmy okna. Silny pęd chłodnego powietrza przynosił ulgę. Po chwili jednak ktoś kazał je zamknąć ze względu na zarazki unoszące się w powietrzu.
SZPITAL MIEJSKI NA ZASPIE
Trafiliśmy do izby przyjęć Szpitala Miejskiego na Zaspie. Były już tam osoby poszkodowane. Panował chaos i nerwówka, zarówno u lekarzy jak i pacjentów. Nasze szpitale nie są przygotowane na wszelkiego rodzaju katastrofy.
I tak dobrze, że to nie była niedziela...
Za wszelką cenę chciałem powiadomić o wypadku rodzinę. Przecież oni myślą, że jestem w pracy - całą noc ? Uspakajała mnie pielęgniarka, że powiadomią później. Ból nie opuszczał nas. Piekło potwornie, jak gdyby ogień trawił nas w dalszym ciągu. Teraz już tylko marzyłem o środkach przeciwbólowych, na które trzeba było trochę poczekać. Organizm był osłabiony, czułem że za chwilę zemdleję. Trochę narzekałem i stojące obok dziewczyny skwitowały moje zachowanie. I dobrze. Były osoby bardziej potrzebujące pomocy niż ja. Zamknąłem się. W całej sali poodkręcane były kurki w kranach. Staliśmy przy zlewach i moczyliśmy ręce. Na podłodze nie było suchego miejsca, ktoś z personelu zaczął wrzeszczeć żeby zakręcić wodę. Nie daliśmy się. W takiej chwili woda na podłodze nie jest chyba aż taka ważna. Ten ktoś, był nieświadomy naszego cierpienia. Ale się zrobiło błoto ! Wydawało mi się, że mam oparzoną tylko dłoń, ale ból z tyłu głowy, lewego łokcia i obu podudzi, przypominał mi o innych miejscach. Spojrzałem w lustro. Wystraszyłem się, jednocześnie myśląc, że nie jest tak źle. Zdarłem z siebie koszulę i mokrą przykładałem do ran. Dawało to dość znaczną ulgę. Jeszcze trochę pomarudziłem i wreszcie przyszła kolej na mój zastrzyk. Och, jak dobrze mi się zrobiło. Wzięli mnie na łóżko i zawieźli na oddział reanimacyjny. Na sali podłączyli mnie do monitora i wykonali badania ogólne. Okazało się, że oprócz oparzeń zewnętrznych nic mi nie dolega. Całe szczęście, że nie miałem oparzonych dróg oddechowych.
Wtedy gdy byliśmy w "piekle" , wstrzymałem oddech i próbowałem nie wciągać gorącego powietrza. Być może dlatego zemdlałem.
Patrzyłem w sufit. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież ja żyję! Po policzku spłynęła mi łezka. Jeszcze jeden dowód miałem na to, że to nie sen. W lewej ręce poczułem igłę - „odpłynąłem" Tym razem dostałem coś silnego na bazie narkotyków, bo już nic kompletnie nie czułem, a kiedy podniosłem głowę miałem niezłego "szmera". Było mi dobrze. Przenieśli mnie na oddział pooperacyjny, na którym oprócz mnie leżało trzech chłopaków. Straciłem orientację w czasie i przestałem się czymkolwiek przejmować. Tak działały środki. Ale około 22.30 odwiedzili mnie dziennikarze z różnych pism, stacji radiowych, telewizji i policjant. Pytali mnie o różne szczegóły, ale najważniejsze dla nich było co zrobiłem z kamerą i czy mam taśmę z nagranym rzekomo podpalaczem. Czułem się ważny. Byłem w centrum zainteresowania. Przecież brałem udział w takim wydarzeniu... Id**ta ! Przecież oni wszyscy byli żądni sensacji. Wiem coś o tym, bo sam byłem operatorem kamery. Tak to już jest, czyimś kosztem... Swoją drogą, strasznie żałowałem, że nie targałem ze sobą włączonej kamery. Po pierwsze, był nagrany sam początek pożaru i szarpanina z młodzieńcem, po drugie, nagrałaby się cała sytuacja, w której się bezpośrednio znajdowaliśmy. Byłby chociaż dźwięk...To byłby materiał !... za który i tak bym nic nie dostał...
(przyp. Do dziś nie dostałem od Polsatu żadnych tantiem z tytułu emisji naszych materiałów w ich dokumencie pt. „Koncert w ogniu“ )
W tym czasie, moja rodzina mieszkająca półtora kilometra od szpitala, co rusz słyszała pędzące karetki i radiowozy. Zaciekawieni włączyli radio i właśnie wtedy okazało się co się wydarzyło w hali Stoczni. Do tego wszystkiego, była jeszcze informacja o śmierci jednej osoby no i ta niepewność... Po wyczytaniu nazwisk, co upewniło ich że żyję, pojechali do szpitala. Nie pewnie spojrzeli na salę nie mogąc mnie rozróżnić od innych poszkodowanych. Nie dziwię się . Miałem "trochę" spaloną i opuchniętą twarz. Pomachałem im ręką. Już wiedzieli, że to ja. Tego wieczoru odwiedziło mnie jeszcze parę osób z dalszej rodziny, dziewczyna i kolega. Za dobrze tego nie pamiętam bo byłem pod wpływem środków. Rano był stanowczy zakaz odwiedzin. Ale po zakończeniu filmowania przez red. Andrzeja Raduńskiego personel zezwolił ( po małej awanturze ) na króciutką wizytę pojedynczo, w fartuchu i foliowym obuwiu.
Dwa następne dni minęły bardzo szybko. Większość czasu spaliśmy. Pamiętam tylko zmianę kroplówek, i stan "nieważkości“ Oparzone miejsca pokrywali nam grubą warstwą jakiejś maści, a czasami musieliśmy je moczyć w jakiejś dziwnej wodzie. Co za piekielny ból ! Jednak najgorszy był brak odwiedzin. Można było wejść dosłownie na minutę. Przecież to nieludzkie! W takich właśnie chwilach człowiek potrzebuje wewnętrznego spokoju, bliskiej osoby u boku i pocieszenia. W żaden sposób nie dadzą nam tego pielęgniarki. W czasie któregoś z obchodów, lekarz wystawił jednoznaczną diagnozę. Oparzenia II i III stopnia, martwica skóry na grzbietowej powierzchni prawej dłoni - konieczność przeszczepu. No tak, czeka mnie operacja...
W niedzielne popołudnie dowiedziałem się od lekarza, że istnieje możliwość, przelotu do Siemianowic Śląskich, do których już kilkanaście osób udało się. W samolocie, w którym mieli lecieć koledzy z sali było jeszcze jedno wolne miejsce. Miałem minutę na podjęcie decyzji. Gdzie to jest ? Co to za szpital ? Co ja tam będę robił ? A zrobią to fachowo ? Nie mogłem się zdecydować. Jednak wszelkie argumenty przemawiały za tym, by się zgodzić. Z resztą pewien łysy doktor nie tyle co mnie załamał informacją o konieczności amputacji dłoni, tylko wkurzył swoją arogancją i podejściem do sprawy. Nie, nie mogłem dopuścić myśli, że będę leżał gdzieś na Śląsku, z dala od rodziny, domu. Przecież nikt do mnie nie przyjedzie. tą myślą i nie wiedząc jaką mam podjąć decyzję zgodziłem się. Właśnie wieźli mnie po korytarzu, kiedy spotkał mnie tata. Uff, jak to dobrze, bo martwiłem się, że nie będą wiedzieli o moim wyjeździe. Wymieniliśmy parę słów, dostałem trochę pieniędzy i ze smutkiem opuściłem szpital na Zaspie.
PODRÓŻ
Opatulonych w koce po samą szyję wsadzili nas do karetek i zawieźli na lotnisko w Rębiechowie. Pierwszy raz jechałem tym środkiem transportu, oby ostatni. Było już ciemno i przeraźliwie zimno. Na komendę: trzy, cztery, trzymając za narożniki prześcieradeł przekładali nas, na inne nosze i wsuwali na pokład turboletu. Lecieliśmy we czwórkę, a oprócz dwóch pilotów był jeszcze lekarz sprawujący nad nami opiekę. Boże, spraw żeby ten samolocik doleciał na miejsce. Bałem się już wszystkiego, skoro wybuchł pożar, to dlaczego nie mielibyśmy się rozbić samolotem... Ogarnął mnie strach. Półtorej godziny trwały wieki. Co chwilę wpadaliśmy w jakąś dziurę powietrzną spadając parę metrów. Zatykały się uszy, przełykałem ślinę i było mi niedobrze. Chyba ze strachu... Próbowałem zasnąć, ale głośny warkot silnika uzmysławiał mi, że nie leżę sobie w domowym łóżeczku. Nic z tego. Stresowałem się do momentu, w którym koła zetknęły się z ziemią. Tu czuję się najpewniej.
Maszyna zatrzymała się. Czekały już na nas katowickie karetki. Jechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w kolumnie, na sygnałach. Czułem się podniecony. Byliśmy przecież ważni, wszyscy słyszeli o pożarze w Gdańsku. W czasie jazdy rozmawiałem z sympatyczną lekarką. Była przerażona i pełna współczucia. Dojechaliśmy na miejsce.
SZPITAL NR.2 W SIEMIANOWICACH
Leżąc na jadącym łóżku nie wiele widziałem poza sufitem, dokładnie takim jaki jest u nas na Zaspie. Oho, nowoczesny szpital ! Zbliżaliśmy się do windy, to był parter. Po wjechaniu na trzecie piętro trochę mi mina zrzedła. Przełożyli mnie na łóżko i ogarnęło mnie przerażenie. Jezu, co ja tu robię? To jest ta klinika? W dość ciemnym oświetleniu rozejrzałem się. Podrapane ściany, jakoś tak nieprzyjemnie... Całego złego klimatu dopełniały surowe siostry. Co one tak krzyczą? Przecież nic nie zrobiliśmy. Zacząłem żałować, że w ogóle tu przyjechałem. Co mnie tknęło... Zachciało mi się płakać. Skierowałem wzrok w kierunku drzwi. Na zewnątrz sali stał murzyn w pidżamie. Miałem zagadkę, co on tu u licha robi? Po chwili wszedł na salę. Osłupiałem. To był jeden z nas. Spośród ciemnej spalonej skóry wyróżniały się tylko oczy, stąd to skojarzenie. Zapoznaliśmy się, on był z Radomia, a studiował w Gdańsku. Na koncert poszedł z kumplami w ramach relaksu. Tu się zrelaksuje... Naszą rozmowę przerwał wchodzący ordynator szpitala dr Sakiel. Przez szyję miał przewieszony... aparat fotograficzny. Co jest ? My tu cierpimy, a on sobie będzie zdjęcia pstrykał... Nie zdążyłem pomyśleć, kiedy blask flesza rozjaśnił mi o co tu chodzi. Po pierwsze zdjęcia stanowiły dokumentację, a po drugie możliwość porównania stanu leczenia. Niezłe... Długi czas upłynął nim zmrużyłem oczy. Rozmyślałem, co będzie potem. Zmęczony już swoimi rozważeniami zasnąłem. Kiedy już sobie smacznie spaliśmy, nad ranem, jeszcze przed szóstą, na sali zapanowała jasność. Co tu się dzieje ? Czy oni dadzą nam spokój?
Podnieśliśmy głowy. W oczy raziło światło, pół przytomni czekaliśmy co się wydarzy teraz. Siostra z uśmiechem na twarzy poinformowała nas, że właśnie będzie nam pobierała krew, mierzyła temperaturę, i że mamy zażyć jakieś pigułki. No dobra, byle szybko bo chcemy spać. Był komfort, bo można było sobie wybrać miejsce pobrania, wybrałem nogę. Każdy z nas miał gorączkę. Przy oparzeniach to normalne. Zestaw lekarstw był imponujący. Prawie wszystkie kolory tęczy. Niewiele już sobie pospaliśmy, bo o siódmej była zmiana pościeli. Kto chciał, mógł się jeszcze troszkę przespać przed śniadaniem. Ja na przykład, należałem do tej grupki. Przed dziewiątą ruch na piętrze zwiększył się. Skąd są ci ludzie? Rodzice ? Niemożliwe. Przyfrunęli ?
Okazało się jednak, że większość rodziców była już na miejscu i mieszkała w pobliskim hotelu dla pielęgniarek. Ci to mają dobrze, kto mnie nakarmi? Chciało mi się jeść i łapczywie patrzyłem jak dwóch kolegów z Sali, którzy byli karmieni przez swoje matki. Siostry akurat były zajęte innymi pacjentami, ale mama jednego z nich pomogła mi. Uff, nie znoszę być głodny.
Potem był obchód. Ukazała się już znana mi twarz, doktora-fotografa. Jutro będzie przeszczep - zapowiedział mi srogo. Od tej pory liczyłem minuty. Minął obiad, zbliżał się wieczór, a rodzice jak siedzieli tak siedzieli. Czy tu wizyty są całodniowe? Tak! To była sensacja! Można było nawet spać obok pacjenta, to było niesamowite. Natychmiast zmieniłem zdanie o szpitalu A siostry jak się okazało, chciały tylko nas wystraszyć pierwszej nocy, żebyśmy się za bardzo nie rozbrykali. Nasze stosunki z nimi uległy radykalnym zmianom. Był totalny luz, a wszystko opierało się na przyjaźni międzyludzkiej, a nie relacji lekarz - pacjent, czy pielęgniarka - pacjent. Wszyscy byliśmy jak rodzina. To jest podejście. (Te słowa kieruję do Gdańskich Szpitali) Nadszedł wieczór, kiedy dotarła do mnie obładowana niczym wielbłąd dziewczyna. No, już nie będę sam. Powiedziałem jej, że czeka mnie operacja, a ona pocieszała mnie, że wszystko będzie dobrze. Minęła kolacja, wieczór i znów nadeszła pora snu. Rodzice towarzyszyli nam do 22.00 po czym wspólnie poszli do hotelu. Nerwy nie dawały mi zasnąć. Musiałem poprosić o środek nasenny. Wtorek rano. Nie mogę nic jeść, ani pić. Za chwilę będę miał przeprowadzaną operację. Jednak najpierw siostra goli mi na prawym udzie włosy, skąd będę miał pobieraną skórę konieczną do przeprowadzenia przeszczepu. Denerwuje się i proszę o dawkę "głupiego Jasia". Ledwie zaczął działać, a już jechałem na salę operacyjną gotowy do zabiegu. Przełożyli mnie na stół. Zaraz się zacznie. Podniosłem głowę. Nie ma monitora kontrolującego stan uśpienia ? Niepotrzebny. Nad wszystkim czuwa anestezjolog. Cóż muszę mu zaufać. W lewą rękę dostałem dożylnie zastrzyk. Do twarzy przyłożyli mi maskę. Nie dam się i tak nie zasnę! Nastała ciemność. Zanim się obudziłem gadałem jakieś niestworzone rzeczy. Większość ludzi tak reaguje. Siostry miały ubaw Nie dziwię się. Pić... pić… Mogłem jedynie ssać owinięty gazą namoczony patyk. Co za katorga. Dopiero po paru godzinach pozwolono mi wypić większą ilość płynu. Nawet się nie zastanawiałem... Resztę dnia przespałem. Kolejny dzień zaczął się tak samo jak poprzednie. Tj. morfologia, pomiar temperatury itp. Ale najgorsze było przed nami. Codziennie po śniadaniu, po holu szpitala roznosił się krzyk, jęczenie i lament niczym z sali tortur. Myślałem, że mnie to ominie, ale się myliłem, bo oto właśnie poproszony zostałem do sali opatrunkowej. Kiedy stanąłem w drzwiach ogarnęło mnie przerażenie. Ktoś krzyczał wniebogłosy przydeptując z nogi na nogę, inny płakał, a ktoś tam jeszcze podśpiewywał, tak bronili się przed potężnym bólem przy zmianie opatrunków. Nie było silnych, każdy uronił choć jedną łezkę. Nawet największy gieroj. Ja śpiewałem i jęczałem i tak na zmianę. Środki znieczulające nie zdawały się na nic. Przyklejone do ran gazy siostry odrywały nam na dwa sposoby. Jeden, to szybkie oderwanie i po sprawie, (mało było chętnych na tego typu operację.) a drugi, spokojnie milimetr po milimetrze, aż do oderwania. Czasami braliśmy sprawy w swoje ręce i każdy sam bawił się z opatrunkiem regulując prędkość i nasilenie bólu, ufając samemu sobie. Niektórzy mieli zmieniane opatrunki dwa razy dziennie. Współczułem im. Kiedy było słychać krzyk na korytarzu wszyscy wiedzieli o co chodzi. Ci co mieli oparzone plecy, czy głowę naprawdę przeżywali katusze. I tak przez tygodnie... Oczywiście co jakiś czas, nasz ordynator - fotograf, pstrykał nam do swojej dokumentacji zdjęcia zranionych miejsc. Już po paru dniach po przeszczepie, mogliśmy się kąpać. W wannie odmaczaliśmy opatrunek z miejsca pobrania, po czym delikatnie go odklejaliśmy. Poszerzyliśmy trochę wiedzę z medycyny. Większość z nas myślała, że to skóra pobrana będzie pełniła rolę skóry właściwej. Wyobraźmy sobie np. sytuację, kiedy mamy pobraną skórę z pośladków do przeszczepienia na policzek, a niedługo potem daje nam buzi teściowa, lub ktoś inny, kogo niekoniecznie darzymy szczególną sympatią… Mamy wtedy satysfakcję, że całuje nas w... A to wcale nie jest tak. To pod nią regeneruje się tkanka i rodzi się nowa skóra. Jest to tzw. opatrunek biologiczny. Jednym z bardziej wymyślnych środków do leczenia trudniej gojących się ran, była specjalnie spreparowana świńska skóra. Efekt był widoczny już po jednym dniu ! To również jest opatrunek biologiczny, ponoć stosowany właśnie tylko przez ten szpital. Oprócz tych specyfików były jeszcze inne niekonwencjonalne medykamenty. Gdańscy lekarze byli zdumieni. Po paru dobach pierwszy raz zszedłem po schodach do bufetu. To było śmieszne uczucie. Osłabiony organizm dawał się we znaki. Po dłuższym leczeniu i zamroczeniu lekami ciężko było zejść, nie mówiąc już o wejściu. Jakoś sobie poradziłem. Kiedy byliśmy już w trochę lepszej formie, fundowaliśmy sobie spacery po korytarzu, w tę i z powrotem. Jeden koleś, trenował na schodach, góra - dół. Z nim właśnie, drepcząc w kółko po holu, głośno śpiewaliśmy różne piosenki. Przebojem był utwór M. Grechuty. Któregoś razu, kucharka zażartowała, że chyba nam się pogorszyło i powinniśmy zmienić oddział. Ale kto by się tam przejmował. To było nam bardzo potrzebne, inaczej byśmy zgnuśnęli. Ależ to było zabawne dla tych którzy to obserwowali. Nie dość, że kuśtykaliśmy, to jeszcze w górze trzymaliśmy oparzone ręce.
W czasie naszego pobytu w szpitalu odwiedziło nas parę ważnych osobistości. Byli to: Arcybiskup Gocłowski, Ksiądz Prałat Jankowski, Minister Leszek Miller, Prezes ZSL Waldemar Pawlak oraz Prezydent Siemianowic. Dostaliśmy różne paczki świąteczne ze słodyczami i owocami. Regularnie też odwiedzali nas uczniowie tamtejszych szkół, od których także otrzymaliśmy wspaniałe prezenty. Od Radia PLUS dostaliśmy tylko po maskotce i kopercie z tekstem: " ...Jesteśmy razem z Wami. " (???) Od Polskiej Telewizji Kablowej NIC. Telekomunikacja Polska S.A zafundowała nam darmowe połączenie telefoniczne z Gdańskiem. Dostaliśmy dla wygody telefon bezprzewodowy by nie wstawać z łóżka. Tym rodzinom, które nie mogły być przy nas dłużej, Lekarz Wojewódzki z Gdańska zapewnił cotygodniowy, bezpłatny lot samolotem.
Na początku jedzenie mieliśmy dość kiepskie. Ci co byli w jakimkolwiek szpitalu wiedzą jak wygląda rzeczywistość. Jednak potem podnieśli nam stawkę żywieniową i nasze piętra czyli trzecie i czwarte miały lepsze jedzenie niż reszta szpitala. Oprócz tego opiekunowie przynosili dosłownie kilogramy żarcia. Na parapetach było wszystko, jak w delikatesach. Słodycze, nabiał, wędliny, owoce napoje. Niektóre produkty ulegały zepsuciu, bo nie nadążaliśmy z konsumpcją. Ku naszemu zdziwieniu można było także wypić sobie lampkę - koniecznie czerwonego - wina. Takie było nawet zalecenie ze strony ordynatora.
Oprócz wyżej wymienionych osób przyjeżdżali do nas oczywiście koledzy i koleżanki z rodzinnego miasta. Taka wizyta to jest coś wspaniałego. Wiadomo bynajmniej kto tak naprawdę zasługuje na miano przyjaciela. Codziennie pojawiały się jakieś nowe osoby. Siedzieli z nami całe dnie. Było wesoło. Rozmawialiśmy, graliśmy w karty, piliśmy piwko, było super ! Jak w sanatorium. Wszystko to oczywiście dzięki wspaniałym lekarzom i pielęgniarkom.
Jak przystało na hotelowe wręcz warunki, w każdej sali znajdował się telewizor. Mało tego. Do jednej z sal, koledzy przywieźli wieżę HI-FI, a rodzice video. Nie było tylko komu chodzić po kasety... Atmosfera była coraz luźniejsza, co wcale nie oznacza, że byliśmy niegrzeczni. Są przecież granice. Listonosz co chwilę dostarczał nam korespondencję od znajomych i dalszych rodzin. Od każdego, kto o nas pamiętał. Dostałem kilkadziesiąt listów, które poniekąd stawiały mnie na nogi. Moc życzeń, kawały, informacje o tym, co słychać u innych, że brak mnie i mam wracać jak najszybciej do domu, to było piękne. Czytałem je po parę razy i za każdym razem nasuwały mi się różnego rodzaju refleksje, czułem się potrzebny i nie mogłem sobie pozwolić na śmierć. Zawiódłbym mnóstwo osób. Heh, takie przemyślenia, tylko, że nie mamy na to wpływu… Któregoś wieczoru, na antenie Polsatu emitowany był film dokumentalny "Koncert w ogniu", zawierający zdjęcia z koncertu, pożaru, z pogorzeliska i ze szpitali. Zgromadziliśmy się w jednym pomieszczeniu, w którym panowała absolutna cisza. Każdy w skupieniu przeżywał jeszcze raz to, co przed paroma tygodniami. Jedna z dziewczyn nie wytrzymała napięcia i widząc płomienie popłakała się. Miałem olbrzymią satysfakcję gdy na końcu programu wśród wymienionych osób realizujących film widniało moje nazwisko. Byłem przecież jednym z autorów zdjęć. Nie dostałem za to ani jednego złamanego grosza,czym jestem wielce oburzony !
Innego wieczoru oglądaliśmy koncert poświęcony ofiarom pożaru hali stoczni. To miłe, że Golden Life zrobił dla nas piosenkę, wprawdzie na kolanie, ale zawsze. Jednak denerwował mnie fakt, istnienia jej na liście przebojów. To dzięki nam wzrosła ich popularność. Uważam, że nie powinni na niej zbijać pieniędzy. Czas mijał, rany się goiły, zbliżały się święta. Zadawaliśmy sobie pytanie, czy wyjdziemy na wigilię do domu, chociaż na przepustkę. Żartowaliśmy sobie, że na Wielkanoc na pewno. Usłyszeliśmy, że samolot będzie za dwa dni, po czym każdy z nas już nie mógł się doczekać powrotu do domu. Nastawialiśmy się, na następny dzień jako przedostatni i chcieliśmy zorganizować zieloną noc, a tu niespodzianka. Samolot będzie za chwilę na lotnisku ponieważ na jutro przewidywane są złe warunki atmosferyczne. Skakaliśmy z radości. W pośpiechu przebieraliśmy się wreszcie w normalne ciuchy i pakowaliśmy torby. Na koniec ordynator pstryknął grupowe zdjęcie i pożegnaliśmy się z tamtejszą kadrą lekarzy i pielęgniarek. Tak naprawdę, kiedy opuszczaliśmy szpitalne mury było nam z jednej strony smutno, zżyliśmy się z personelem. Przed szpitalem czekał na nas samochód, którym udaliśmy się na lotnisko. Teraz tylko półtorej godziny stresu i będziemy znów w dawno nie widzianym mieście, Gdańsku. Było już ciemno, więc z góry widzieliśmy tylko lampy oświetleniowe płyty lotniska. Koła dotknęły ziemi, byliśmy prawie na miejscu. Oprócz rodzin czekali na nas fotoreporterzy. Kiedy opuszczałem maszynę pomyślałem: Ależ długi był ten dzień, wyszedłem na koncert miesiąc temu i dopiero teraz wracam.
NARESZCIE W DOMU
W Gdańsku oczywiście, każdemu spotkanemu znajomemu, musiałem opowiedzieć jak było i co przeżyłem. Nawet w święta nie było spokoju, bo licznie zgromadzonej, rodzinie przekazywałem swoje wrażenia. To chyba dobry sposób na pozbycie się niemiłych wspomnień Wyrzuciłem to z siebie kilkadziesiąt razy i może dlatego tak bardzo tego nie przeżywałem.
Nie każdy zjadł uszka wigilijne w domowym zaciszu. Parę osób musiało zostać ze względu na poważne obrażenia, spędzając święta i sylwestra w klinice, a my wyjechaliśmy, by za parę dni powrócić. Wracałem z całą pewnością, a ciągle wypytywałem o to siostrę oddziałową, że nie będę już musiał zostać w szpitalu. Prawda była inna. Lekarz stwierdził, że przydałoby się jeszcze trochę podgoić rany, ale ja uparcie walczyłem o wyjście. Nie mogłem myśleć o tym, że byłem już w domu, w normalnych warunkach, wolny, a tu znów szpital. Z resztą nie wziąłem nic ze sobą, to jak miałem zostać, byłem pewien, że wrócę. Po długich negocjacjach i straconych nerwach, udało mi się go przekonać. Dostałem torbę wypełnioną różnymi specyfikami i wróciłem pociągiem do domu. Oprócz mnie opuściły na stałe szpital jeszcze tylko dwie osoby, reszta została na kilka dobrych tygodni.
Odwiedziłem swój zakład pracy. Wszyscy na mnie czekali, była ogromna radość, że znów mogą mnie zobaczyć. Wprawdzie wyglądałem nieco inaczej niż kiedyś, ale najważniejsze było, że żyję. Zaszedłem na górę do kierownictwa, a tam panowała radość przemieszana ze smutkiem. Radość, że wróciłem, smutek, bo zginął Wojtek. Prezes dał mi trochę gotówki i obiecał wyjazd gdzieś do Hiszpanii lub w inne miejsce, żebym się trochę zrelaksował. Zapraszał mnie także, żebym częściej wpadał do Sky Orunia i jak przyjdzie mi ochota na pracę, to zawsze mogę przyjść i w czymś tam pomóc. Zeszliśmy na dół, do sklepu, gdzie wręczył mi dwie pełne siatki słodyczy i soków, po czym ochroniarz sklepu pomógł mi to wszystko zanieść do samochodu. Wyglądało to całkiem sympatycznie.
Niedługo później dostałem wezwanie na przesłuchanie, gdzie stawiłem się w charakterze świadka, by spisać odpowiedni protokół. Policjantka maglowała mnie ponad dwie i pół godziny, szczegół, po szczególe co się działo podczas feralnego koncertu. Znów musiałem sobie wszystko przypominać.
(.....)
SKUTKI
Nasze przeżycia z przed dwóch lat dają się nam przypominać niemal codziennie. Każdego dnia widzimy swoje oparzone rączki, co jakiś czas chodzimy do szpitala na kontrolę, niektórzy do dzisiaj korzystają z pomocy psychologa. Przed niektórymi z nas, czekają jeszcze operacje plastyczne. Staliśmy się bardziej nerwowi i ostrożni. Wielu z nas, by zapomnieć piło duże ilości alkoholu. Co z tego, kiedy przejdzie jego działanie znowu się przejmujesz.
Poznaliśmy ból i jesteśmy w stanie zrozumieć innych cierpiących ludzi. Na zawsze zostanie nam ta tragedia w głowach, a przez całą resztę naszego życia będą nam przypominały o tym wyrazy takie jak: "szpital", pożar", "hala", "oparzenie", "przeszczep" itp.
To wszystko oczywiście jest związane z poważnymi problemami ze zdobyciem pracy. Niektórzy mogą już zapomnieć o swoim wymarzonym zawodzie takim jak chirurg czy kelner. Wszędzie tam, gdzie potrzebna będzie precyzja lub wymagana elegancja wraz z estetyką z pewnością odpadniemy. Kiedy przez półtora roku, non stop nosiłem rękawiczkę uciskową, czułem się upokorzony i pełen kompleksów. Ze strachem podchodziłem do sklepowej kasy by zapłacić za towar. Czułem się jak id**ta, lato, a ja w rękawiczce. Jednak trudniejszy moment, czego się spodziewałem już wcześniej, przyszedł w momencie, kiedy trzeba było zdjąć ją na stałe. Widok dłoni porośniętej bliznami kole w oczy co chwilę. Potrzebowałem wiele czasu, by bez żenady podać komuś rękę. Najbardziej boli kiedy ktoś patrzy na ciebie w tramwaju lub sklepie. Żadne pieniądze nam nie oddadzą tego, co straciliśmy. Ale sobie tak myślę, że gdyby to się stało gdzieś na zachodzie, ludzie po tym wszystkim jeździliby dobrymi wozami, a nasze odszkodowania wyglądają żałośnie.
W tym miejscu, chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy pomogli i nie opuścili nas w tak trudnych chwilach, szczególnie szpitalowi nr.2 w Siemianowicach i tym, którzy o nas pamiętali przysyłając listy i kartki.
Przykro mi, że taka wielka firma jak Polska Telewizja Kablowa, która m.in. zaprosiła nas na imprezę i obiecała na reklamówkach, że się "rozerwiemy z klubem PTK" nie raczyła nam zrobić najmniejszego nawet prezentu, choćby darmowy, roczny abonament telewizyjny...
P.S. Pomimo przeżyć nie opuszcza mnie humor i wymyśliłem taki o to kawał. - Czy wiecie jakie jest ulubione pismo ofiar pożaru Hali Stoczni ? - "Życie na gorąco."
Niedopałek
Rafał Borowski