10/07/2025
Mój pierwszy ekstremalny rajd pieszy
- Setka z HAKiem! [autor Laura Raudzis]
[CZERWIEC 2025 Echo DOBRODZIENIA i Okolic]
Skąd wzięłam motywację, żeby podjąć się takiego wyzwania? Zainspirowała mnie moja mama Klaudia Raudzis, która ukończyła pięć Setek z HAKiem, więc przyszła kolej i na mnie, żeby się sprawdzić. Tak oto znalazłam się 16 maja na starcie rajdu pieszego w Dobrodzieniu.
Po oficjalnym rozpoczęciu i pamiątkowym zdjęciu, z mapą w ręku ruszyliśmy w trasę. Gdy pokonaliśmy pierwsze dwadzieścia kilometrów zaczęło się ściemniać, więc założyliśmy czołówki. Pamiętam, jak zażartowałam sobie, że tak zaczyna się każdy horror... Odgłosy w lesie w środku nocy działały na naszą wyobraźnię. Ograniczona widoczność nie ułatwiała zadania, dlatego zabłądziliśmy na trasie nie jeden raz. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, nie wiedzieliśmy co z nami będzie. Na szczęście, co ok. 10 km docieraliśmy do punktów kontrolnych, gdzie czekali na nas wolontariusze i organizatorzy z przekąskami i ciepłą herbatą, dostarczając pozytywnej energii, gdy nam jej brakowało. Uczestnicy marszu są jak jedna duża rodzina - nie było między nami rywalizacji, tylko wzajemne wsparcie i motywacja. Dla niektórych był to debiut, inni mieli na koncie parę „setek", ale wszyscy mieliśmy jeden cel - sprawdzić samych siebie. To właśnie atmosfera Setki z HAKiem najbardziej przyciąga.
Miałam świadomość, że będzie trudno, że będzie bolało, a mimo to chciałam doświadczyć tego na własnej skórze. Zwątpienie pojawiło się wielokrotnie podczas wędrówki. Warunki pogodowe były wyjątkowo ekstremalne, deszcz, wiatr, a przez chwilę również grad. Mokre buty i skarpetki sprawiały dyskomfort. Przygotowaliśmy się na każdą ewentualność, ale nawet dwie pary butów i zapas suchych ubrań, na niewiele się zdały.
Wiele osób rezygnowało na tzw. „żywieniówce", czyli ok. 64 kilometrów trasy. Rozgrzewająca zupa po wielu godzinach marszu, była jak zbawienie. Natomiast, po zimnej nocy i narastającym zmęczeniu trudno było powrócić na trasę. Zdecydowałam się pójść dalej, chociaż wahałam się, widząc, że rezygnują kolejne osoby, które miały już za sobą niejedną „setkę". Uważałam, że trzeba mieć w sobie dużo pokory i odwagi, żeby zrezygnować. Z kilometra na kilometr robiło się coraz ciszej. Każdy bił się z własnymi myślami. W setce nie chodzi tylko o przygotowanie fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Ja starałam się przekierowywać myśli w stronę osób, które wierzyły, że mi się uda. Zadawałam sobie pytanie: Czy naprawdę chcę rezygnować, skoro już tyle przeszłam? Dochodził do mnie absurd sytuacji, w której się znalazłam, bo kto „normalny" idzie ponad 100 km przez lasy, łąki, nie śpiąc dobę, zamiast czytać książkę, czy obejrzeć film.
Od 80 km zaczęła się ulewa i prawdziwa walka o każdy kilometr. Pamiętam, że byłam przemoczona do suchej nitki. Przede mną ścieżka, która wydawała się nie mieć końca, wokoło pełno drzew, żadnego sklepu, przystanku, miejsca gdzie można by się schować. Taki urok Setki z HAKiem. Wtedy zmieniliśmy taktykę i powtarzaliśmy sobie nawzajem, że jeszcze będziemy się z tego śmiać. Na setce wpada się w pewnego rodzaju trans i automatycznie stawiasz krok, za krokiem.
Ukończyłam Setkę z HAKiem w 20 godzin i 51 minut pokonując 109 km. Uderzenie w gong było dla mnie czymś wielkim, byłam dumna z samej siebie. Nie poddałam się, a przecież tak byłoby prościej. Na mecie usłyszałam od organizatora, że to doświadczenie zmieni mnie bezpowrotnie. I rzeczywiście coś w tym jest. Odkryłam w sobie siłę, o której nie miałam pojęcia. I już wiem, że stać nas na więcej niż nam się wydaje.
Nie wiem czy to pamięć ludzka jest krótkotrwała, a może to adrenalina tak uzależnia? Gwarantuję wam natomiast, że po Setce z Hakiem, gdy emocje już opadną, stwierdzicie - Ja chcę jeszcze raz!
— Autor artykułu Laura Raudzis