08/11/2025
Polecamy Państwu kolejną interesującą rozmowę z festiwalu, tym razem z gigantem wibrafonu, wykładowcą, prof. Akademii Muzycznej W Katowicach Bernardem Maselim, Bernard Maseli, który w tym roku obchodzi 40 lecie pracy artystycznej. Jeszcze raz Wielkie Gratulacje Mistrzu !!!
„Życie mnie wciąż zaskakuje” – rozmowa z Bernardem Maseli, wibrafonistą, kompozytorem i jednym z najważniejszych twórców polskiego jazzu
Rozmawia Zbigniew Maciejuk
– Panie Bernardzie, czterdzieści lat na scenie to piękny jubileusz. Co pan czuje, kiedy słyszy te słowa?
– To brzmi dziwnie, naprawdę. Trochę tak, jak moje sześćdziesiąte urodziny, które niedawno obchodziłem. Ale nie kojarzę upływu czasu ze smutkiem. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że ostatnia dekada była najlepsza w moim życiu. W wieku czterdziestu ośmiu lat zaprosił mnie amerykański gitarzysta Dean Brown – zagraliśmy razem na największych scenach świata, w Japonii i w najlepszych klubach Europy. Potem pojawiła się przygoda z Lady Pank – grałem z nimi trzy lata na akustycznym wibrafonie! Teraz pracuję nad płytą instrumentalną Grzegorza Skawińskiego. To kolejny prezent od losu. Naprawdę kolorowe i bogate życie – i ciągle nowe niespodzianki.
– Patrząc wstecz, od Walk Away po The Nomads – które momenty najbardziej pana ukształtowały?
– Zdecydowanie Walk Away. To był zespół, który mnie stworzył. Wszyscy chłopcy z zespołu zgodnie powiedzą to samo. Nikt wcześniej nie wiedział, kim jestem – byłem dwudziestojednoletnim chłopakiem, który nagle znalazł się na dużych scenach. Pierwszy występ w Warszawie, na Jazz Jamboree – to był szok. Tam nauczyłem się wszystkiego: pracy w studiu, na scenie, dyscypliny trasowej. Wtedy trasy trwały po kilkadziesiąt dni z rzędu. Trzeba było być profesjonalistą – punktualnym, przygotowanym, lojalnym. Ta szkoła życia ukształtowała mnie jako muzyka i człowieka. Walk Away stawiam na piedestale, bo dzięki temu zespołowi w ogóle istnieje Bernard Maseli.
– The Nomads to pana najnowszy projekt. To podróż muzyczna przez kultury i emocje. Skąd wziął się ten pomysł?
– To nie jest żadna filozofia, raczej… moje święto. Chciałem, żeby to było radosne spotkanie z ludźmi, którzy przez te wszystkie lata byli ze mną. Muzyka w tym projekcie jest ciepła, taneczna, kolorowa. Ma nieść dobrą energię. Chciałem, żeby ci, którzy przyjdą na koncert, mogli przez chwilę zapomnieć o codzienności – o rachunkach, kredytach, stresie. Muzyka ma być oddechem, świętem życia.
– Na scenie towarzyszy panu międzynarodowy skład.
– Tak, i to wspaniali ludzie. Na perkusji Paweł Dobrowolski, na basie Michał Kapczuk – obaj to absolutny top polskiego jazzu, muzycy o niesamowitym poziomie i sercu. No i Rouhangeze, wokalistka z Mauritiusa – wnosi etniczny kolor i energię world music. To było mi potrzebne, bo chciałem wrócić do afrykańskich korzeni mojego instrumentu – takich jak kalimba czy balafon. Na jubileuszowym koncercie słychać więc sporo elementów etno, rytmów i brzmień z różnych stron świata.
– Mówi się, że jazz to wolność. Czy po czterdziestu latach wciąż tak pan to odczuwa?
– Tak, ale może trochę inaczej. Jazz zawsze był moim światem – nigdy nie grałem klasycznego mainstreamu, bardziej fusion, czyli połączenia gatunków: od Walk Away, przez Music Painters, MaBaSo, Laboratorium, The Globetrotters aż po The Nomads. Czuję się muzykiem jazzowym i jestem z tego dumny. Ale dziś czuję wolność nie tylko przez muzykę – czuję ją przez wiek. Mam sześćdziesiąt lat i nikt nie może mnie już zranić. Widziałem i przeżyłem wszystko, zagrałem kilka tysięcy koncertów, poznałem cały świat. Teraz mogę mówić, co chcę, robić, co chcę. I to jest fantastyczne uczucie.
– W 2021 roku ukazała się pana płyta „Drifter” w serii Polish Jazz Masters. To był ważny moment?
– Bardzo. Choć mam na koncie ponad sto nagrań, to była pierwsza płyta sygnowana wyłącznie moim nazwiskiem. Totalnie eklektyczna – każdy utwór z innego gatunku. Bałem się, że krytycy jazzowi mnie „zjedzą”, ale okazało się, że świat się zmienił. Ludzie słuchają dziś playlist, nie albumów. Młodzi mają po dwa utwory z jednej płyty, trzy z innej – i tak powstaje nowa jakość. Chciałem, by „Drifter” był dobrze zrobiony, profesjonalnie nagrany. Można nie lubić tej muzyki, ale nikt nie powie, że to źle zrobione.
– Współpracował pan z wieloma gigantami. Czy coś jeszcze może pana zaskoczyć?
– Cały czas jestem zaskakiwany! (śmiech) Proszę sobie wyobrazić: Lady Pank gra koncert, a na scenę wychodzi facet z wibrafonem. Nie saksofon, nie gitara, nie fortepian – wibrafon akustyczny! Gram przed piętnastotysięczną publicznością, która w większości widzi ten instrument po raz pierwszy w życiu. To są właśnie te przygody, które mnie napędzają.
A teraz dostaję propozycję od Grzegorza Skawińskiego, by współtworzyć jego płytę instrumentalną – na którą fani gitar czekają od dekad. I co ja na to? Szlagam tylko na cymbałkach, a tu takie rzeczy! (śmiech) Życie wciąż mnie zaskakuje. I wie pan co? Nigdy nie chciałbym być młodszy. Jest mi świetnie z moją sześćdziesiątką.
– Dziękuję za rozmowę.
– Ja również dziękuję. I zapraszam – wpadajcie na koncerty, a już szczególnie na Podlasie Jazz Festival! To miejsce ma niesamowitą energię, ciepło i atmosferę. Jak tylko wchodzimy na scenę, czujemy się jak w domu.
📍Podlasie Jazz Festival im. Jana Ptaszyna Wróblewskiego
18–19 października 2025, aula ROBiR AWF w Białej Podlaskiej
🎤 Prowadzenie: Marcin Kusy, dziennikarz Programu 1 Polskiego Radia
🎶 Dyrektor festiwalu: Jarosław Michaluk
🎵 Bernard Maseli Quartet / The Nomads